Zabieg-usunięcie migdałka gardłowego.

Zabieg jak zabieg, normalka wszystko na luzie. TAA JASNE.

W każdym poprzednim blogu, oraz zapewne w wielu następnych znajdziesz jakieś pomocne rady czy pomysły, (z mojego skromnego doświadczenia) jak zmniejszyć stres u siebie, dziecka oraz reszty familii, w różnego typu sytuacjach, typu jak poradzić sobie z niesfornym dzieckiem, lub po prostu jak żyć panie prezydencie? 😀

usunięcia migdałkaNiestety dzisiaj się tego nie dowiecie. Nie dlatego, że brak mi pomysłów na zmniejszenie stresu. Nie dlatego, że nie chce się podzielić tymi pomysłami z wami, chcę. Ale dlatego że to wszystko to marzenia i złudne oczekiwania na coś co i tak w rzeczywistości będzie inne. Nie to żebym nie polecał przygotować się w jakiś sposób na zabieg, siebie no i dziecko naturalnie. Psychicznie i fizycznie. Polecam jak najbardziej a o tym możesz przeczytać tutaj.

Zabieg jak zabieg, mówili. Chwila strachu i domu, mówili. Pani się wyluzuje to rutynowy zabieg, mówili. No i pewnie mieli rację, bo jak znam siebie i żonę, to jeszcze w tym roku jak ktoś nam powie że jego dziecko będzie miało taki sam zabieg, odpowiem identycznie i również będę mieć rację.

Ale póki jestem na świeżo w temacie, postanowiłem nieco rodziców, których to czeka oświecić, że niezależnie od tego jak się przygotujesz i ile informacji przeczytasz na ten temat, nic nie odda stresu jaki was czeka w szpitalu (chyba, że nie kochasz swojego malca, ale w takim wypadku, nie czytałabyś tego).

usunięcia migdałka

W sumie nie wiem od czego zacząć. Chyba od tego, że mały wyczuł mój stres, więc na nic były wcześniejsze tłumaczenia, że to nic takiego, że pani wytnie migdałek i będzie po kłopocie. Tak dobrze czytasz, synek wszystko wiedział przed, gdzie jedzie, po co jedzie, i dlaczego musi mieć zabieg zrobiony (Jestem zwolennikiem mówienia prawdy dziecku). Niestety przez mój niepokój mały nabrał podejrzeń co do szpitala, więc trzeba było trochę pokombinować. Zamiast głupiego Jasia miał wypić ” sok z gumijagód ” i zamienić się w gumisia Tamiego. Podekscytowany czekał na sok, ale jak przyszło do wypicia to już taki hardy nie był. Strzykawka poszła w ruch. Na blok pojechała z nim żona, (ja bym pewnie uśpił wszystkich wkoło) Nati wyrwał rurkę od maski, szalał i nie chciał współpracować z lekarzami (może i lepiej że mnie przy tym nie było). Ale najgorsze oczywiście przed nami. CZEKANIE.

-państwo się nie przejmują wszystko będzie ok, na przeciwko jest Carrefour idźcie na zakupy, kawę, śniadanie i wróćcie za 1.15hr.

No pewnie. No big deal. Dziecko twoje pod nożem, a ty na kawie w sklepie. Ale miała rację, lepsza kawa w markecie niż czekanie na korytarzu i pytanie każdej napotkanej osoby w kitlu, czy wszystko w porządku. U nas wszystko się przedłużyło o pół godziny, także dodatkowe nerwy, dlaczego tak długo nikt się nie pojawia, siedzisz, myślisz i tylko widzisz jak ci włosy ma ręce siewieją z minuty na minutę. W końcu nadchodzi pani doktor z szerokim uśmiechem, z uspokajającym głosem tłumacząc co robiła po kolei i co dalej my możemy zrobić będąc na miejscu. Wszystko się przedłużyło ponieważ u naszego bobiego, doszło jeszcze czyszczenie uszu z wody i założenie drenów w środku.

Jedzie moje maleństwo na łóżku, słychać płacz, już mam ochotę siekierę złapać i załatwić kogoś, jak Kozioł próbował Czerepacha, ale nie mogę oczu z synka oderwać, oboje z żoną staramy się uspokoić wyjącego Natka, ale nie za bardzo nam to wychodzi. Dostaliśmy instrukcje co mamy dalej robić i najlepiej, żeby mały zasnął. No pewnie: Easy to say it, harder to make it. Po kilku minutach odkrywamy, co tak naprawdę „boli” malucha, to widok przypiętego wenflona do stopy. Podejrzewam, że po tej narkozie i środkach przeciwbólowych nawet nie czuł, że coś tam ma, nieważne, on go widział i to wystarczyło.

Zasnął, na rękach żony, ale śpi. Spał jakieś 3 godziny, jak się obudził był trochę nieswój, do wieczora nie mógł mówić, przez obrzęk w okolicach robionej operacji. Nie wiem jak jest w innych szpitalach, i czy teraz wszędzie tak jest, ale my popołudniu wyszliśmy do domu. Po obejrzeniu małego pacjenta, nie było potrzeby trzymać go tam przez noc, więc młody w domu spędził wieczór bawiąc się nowym Play Doh kitchen, (tak tak, mała nagroda dla niego za cały dzień stresu) do końca dnia wypowiedział ze 3 słowa, ale na drugi dzień wracał powoli do siebie. Dzisiaj słyszy nawet to czego nie powinien. Jesteśmy bardzo zadowoleni z efektów.

Na szczęście lekarka, która prowadziła naszego synka od pierwszej wizyty, bardzo profesjonalnie podeszła do naszych obaw związanych z zabiegiem. Wszystko zostało omówione w szczegółach i zorganizowane do ostatniej kropki nad i.

Kończę pisać tego posta 8 dni po operacji, i już dzisiaj mogę powiedzieć, że nie ma się czego obawiać, ale stres i tak przed wami. Pozdrawiam wszystkich kochających rodziców, i dzieci.

 

Photo by Jose Ibarra , Photo by Stas Svechnikov ,

 

Dodaj komentarz