Czy obawa o nasze dzieci kiedyś minie?

Ostatnio rozmawiałem z jedną mamą o strachu jaki czują rodzice. Strachu związanego z naszymi dziećmi rzecz jasna. Boimy się o nasze maluchy praktycznie cały czas, ale to dla ich dobra, więc jak można inaczej. Gdzie kończy się obawa, a gdzie zaczyna się świrowanie? Tego się ode mnie raczej nie dowiecie, bo ja jestem jednym z tych świrów 🙂

Wpis ten, może się niektórym wydać trochę przesadzony emocjonalnie, ale trudno taki już jestem i nie będę pisał inaczej, udawając, że moja wrażliwość nie działa, albo że mogę ją wyłączyć. Nie mogę!!

obawa

Plac zabaw i inne świetne miejsca

Zarówno moja żona jak i ja, uważamy, że przesadzam z nadmiernym przejmowaniem się, czy nasz malec sobie poradzi. I nie chodzi tu o jakieś szczególnie skomplikowane rzeczy do wykonania. Na zwykłym placu zabaw praktycznie pozwalamy mu na wszystko. Ja wiem, że to dobre. Wiem, że lepiej będzie jak upadnie biegnąc, aniżeli miałbym go złapać. Wiem że jak spadnie z pierwszego szczebelka drabinki to nóg sobie nie połamie i nie muszę przy nim stać. Przynajmniej na drugi raz będzie ostrożniejszy.

Jednak sama świadomość nie wystarcza. Nie chcę nawet pisać jakie scenariusze rodzą mi się w głowie, co może przydarzyć się mojemu synkowi, nawet w najbezpieczniejszych miejscach. Plac zabaw, chodnik, przejście dla pieszych, (puste rzecz jasna) przedszkole, kuchnia, balkon, łazienka. Przecież wszędzie czai się niebezpieczeństwo. Steven Spielberg mógłby do mnie zadzwonić, to udzieliłbym mu kilka wskazówek, jakie niebezpieczeństwa mogą się zdarzyć, albo kolejna odsłona „Oszukać przeznaczenie 15„, film niskobudżetowy. Nawet nie musieliby z mojego mieszkania wychodzić.

Choroba, czy zwykły strach

Zwykle piszę to końcu, ale chciałbym was prosić (ktokolwiek to przeczyta), żeby dał mi znać w jakikolwiek sposób, czy wy też tak macie, że rodzą wam się w głowie niebezpieczeństwa, czy to tylko moja jakaś choroba. Pikanterii dodaje fakt, że jak wiadomo jestem facetem, a chłop to powinien być twardy, silny i bez wrażliwości na wierzchu. A tu dupa. Nie da się, może jestem jakiś wybrakowany model 🙂

Kiedyś to minie

Nie wiem co myślą rodzice starszych już dzieci, takich powiedzmy po dwudziestym roku życia. Takich co to już studiują, albo pracują i założyli własne rodziny, może ta obawa o własne dziecko dawno minęła? A może wciąż trwa? Trudno mi powiedzieć, ale ciekawy jestem.

Pamiętam jak w wieku 17 lat, miałem operację na zatoki. Dość skomplikowaną ponieważ, był to można powiedzieć stan zagrożenia życia. Choć do końca nie wiem i nie pamiętam, bo mnie jako niepełnoletniemu nie powiedzieli, a rodzice tak do końca nie chcieli o tym rozmawiać. Pamiętam jednak, jak mój tata strasznie to przeżywał. Spędziłem tam miesiąc, a on codziennie przyjeżdżał do szpitala pomimo, że to było 40 kilometrów od domu. Auto na wodę nie chodziło, o czasie nie wspomnę, bo przecież pracował, no i ja miałem 17 lat, a nie 5, więc w te dni w które nic się nie działo, mogłem spokojnie zostać sam (na brak pięknego towarzystwa nie mogłem narzekać).

Dlaczego więc był codziennie? Czyżby bał się o moje życie? Czyżby świadomość, że coś straszngo może stać się jego „dziecku”, nie dawała mu spokoju. Cokolwiek to nie było to jestem mu za to bardzo wdzięczny, ale ciężko o tym porozmawiać gdyż moi rodzice nigdy za bardzo wylewni nie byli w uczuciach, Być może to kwestia wychowania w tamtych czasach. Otwartość była traktowana jako słabość. Każdy sam musiał poradzić sobie z emocjami wewnątrz. Na szczęście dzisiaj otwartość emocjonalna staje się codziennością (no może jeszcze nie tak bardzo jak powinna) i wiem, że z moim dzieckiem, rozmowy będą na każdy temat. Chyba, że on nie będzie chciał mi się zwierzać ze wszystkiego.

Co radzicie?

Po raz pierwszy chyba, nie napiszę nic o tym jak można sobie radzić z naszymi myślami, jak pokonać ten strach, który czai się w głowie, jak zagłuszyć nasze niestworzone historie kołatające się po głowie. Nic wam nie powiem, bo nie wiem. Nie znalazłem jeszcze odpowiedzi na to pytanie. Albo takiej jeszcze nikt nie wymyślił?

No bo co by to miało być?

  • Jak przestać bać się o własne dziecko?
  • Pozwól żyć własnemu dziecku po swojemu? (to mógłby być dobry tytuł, ale nie o tym jak się przestać przejmować)
  • Nie przejmuj się buzia nie szklanka?
  • Ty miałeś kiedyś siniaki, pozwól dziecku też je mieć?

Nawet nie chcę myśleć, co się ze mną stanie jak nie daj Boże, rękę albo nogę zła… Nawet tego nie chce pisać. Blog opustoszeje, Insta zginie śmiercią naturalną. Ja natomiast w głębokiej depresji, spędze najbliższe miesiące w klinice, zadręczając się, że mogłem do tego nie dopuścić, że mogłem tego uniknąć. Trochę dramatycznie się zrobiło i chyba mnie wyobraźnia poniosła, ale tak czuję, że tak mocno kocham tego mojego pimpka, że mógłbym bardzo przeżyć jego nawet najmniejsze uszczerbki na zdrowiu.

Pozwalamy na coraz więcej

Co by nie napisać, i nie powiedzieć, jakich sposobów byśmy nie próbowali, dzieci zawsze pozostaną dziećmi, ale im są starsze tym więcej mogą robić samodzielnie np: własne klucze do mieszkania. Pamiętam, że ja miałem swoje już chyba w wieku 8, a może 9 lat. Do szkoły miałem 5, no może nawet 3 minuty, więc daleko nie było, ale nawet jeśli mój malec będzie chodził do tej samej, to czy moja świadomość zagrożenia, jakie może się na niego czaić, pozwoli mi puścić go samego? Nie sądzę.

Nie wiem do końca jak to jest. Czy to czasy się zmieniły? Może kiedyś było bezpieczniej na ulicach? Rodzice się mniej nami przejmowali? Czy po prostu media tak rozgłaśniają wszystkie straszne historie, że każdy człowiek zaczyna się bać o swoje dziecko? Przecież 40 lat temu też zdarzały się różnego rodzaju zbrodnie, tylko nikt o tym głośno nie mówił, bo nie było gdzie.

Żeby tylko nie zwariować

Kurczę jak tak pomyśleć, to nie wiadomo jak z tymi dziećmi postępować. Gdzie się kończy zwykły strach, a gdzie się paranoja zaczyna. Trzeba im przecież na wiele pozwolić, bo nie możemy ich za rękę prowadzić do 15 roku życia, ale jak pomyślę, że mogłoby mu się coś stać na ulicy, bo pozwoliłem mu jeździć na rowerze do wieczora, to do kogo mogę mieć pretensje w razie wypadku?

Wiem, wiem, przesadzam, przecież nic tak naprawdę stać się nie musi i muszę myśleć pozytywnie, ale głowa mi sama przynosi takie rzeczy, że… Chyba czas się wybrać do porządnego specjalisty 🙂

Teraz powoli zaczynam rozumieć, dlaczego moi „starzy” takie sceny odstawiali, jak wracałem o 23-ej z eskapad rowerowych, a obiecałem że będę o 20-ej. Nic w tym nie widziałem strasznego. Przecież ostatnie 3 godziny, spędzaliśmy dwa bloki dalej, a nie w lesie. Więc co mi się mogło stać pod klatką kolegi? Tylko, że oni tego wiedzieć nie mogli, bo komórek wówczas nie było (tak tak, taki stary jestem), więc martwili się tak, jak ja teraz zaczynam. I dziś słowa mojego taty „Będziesz miał swoje dzieci to zrozumiesz”, nabierają innego znaczenia niż wtedy.

 

 

Dobra to tyle, dajcie znać mamusie i tatusiowie, czy też wam takie dantejskie sceny po głowie chodzą? A jeśli macie na to jakieś sposoby, to piszcie. Za każdą dobrą radę odwdzięczę się…uśmiechem 🙂 Jeśli spodobało ci się to co przeczytałaś/eś, podziel się tym proszę na swoim wall’u.

 

Photo by Tony Lam Hoang on Unsplash

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz