Wolny weekend jest, czyli pośpij jeszcze dzieciok. Dajcie kubek kawy.

Ile dzieci na świecie? Ile charakterków upartych? Ile nieznośnych bałaganiarzy, lub też przeciwnie, grzecznych i poukładanych maluchów, tego nie zliczę?

Co łączy te wszystkie dzieciaki? Jest jedna taka rzecz. Po tytule pewnie już się domyśliłaś, że chodzi tu o wczesne wstawanie w weekend.

Z dystansem do weekendu

Powstało miliony memów, pokazujących jak wyglądają zaspani, zmęczeni rodzice nad ranem w weekend, a jak dzieci, które nie wiadomo z jakich przyczyn, nagle w sobotę i niedzielę, znajdują pokłady energii, którymi emanują, często od 5-tej rano.

Skąd ta cholerna siła się bierze, o tym będzie dzisiejszy wpis. Zachowaj jednak dystans do tego co przeczytasz, ponieważ są to moje subiektywne przemyślenia, które mają wsparcie w psychologii, ale jak wiadomo, każde dziecko jest inne, więc nie generalizujmy. Jeden obudzi się, bo będzie już wyspany, a drugi tak po prostu, bo coś mu się przyśniło. Więc uśmiechnij się i „scrolluj” dalej.

A tak przy okazji znacie Arlenę Witt? Pewnie tak, jednak dla tych trzech osób co nie znają, to jest to dziewczyna (a może powinienem powiedzieć pani…eee nie, w podobnym wieku jesteśmy), która prowadzi kanał na Youtube o poprawnej wymowie języka angielskiego. Tutaj możecie sprawdzić jej kanał. Ostatnio na Instastory powiedziała, że większość serwisów społecznościowych, blogerów, tekstów wszelakich na stronach w internecie, wpisują niepoprawny cudzysłów. Niestety ma rację, chociaż większości to pewnie nie przeszkadza. Sam do tej pory tak wpisywałem, bo jest po prostu wygodniej. Ale trudno, taki ze mnie „geek”, że nie będę mógł już teraz inaczej pisać, jak tylko poprawnie. Dziękuje Ci Arlena :((

Nie wstaję dzisiaj

Ale wracając do tych naszych małych cudownych dzieci. Zastanawiałem się dlaczego, jak mają wstać do przedszkola (mowa o moim bąblu oczywiście i prawie całej grupy jego kolegów i koleżanek) to są tak jakby w hipnozie. Powieki stają się coraz, cięższe, chce im się spać dłużej, nie mają ochoty wychodzić spod ciepłej kołderki. A na hasło wstajemy, miny mają takie, jakby im coś w gardle stanęło.

Należy tutaj wspomnieć o milionie ważnych spraw, zanim podniosą się łaskawie z łóżka. Przeczytaj im coś, podaj śniadanko do łóżka, herbatkę, przytul mnie 15 razy (chociaż to mi nie przeszkadza) i całe szczęście, że ten mój już sam korzysta z ubikacji, bo jeszcze w nocnik robiłby pod kołdrą.

Dzień apokalipsy, czyli wolny weekend

Weekend natomiast, wygląda całkowicie odmiennie. Energii ma tyle, jakby szpinaku się najadł, jak „Popeye” (cudzysłów), z bajki o marynarzu, pamiętacie taką postać, czy tylko ja taki stary jestem?

Kreatywność od 6:30, jest tak ogromna, jakby w nocy śnił o wielkich przygodach, a teraz chciał to wszystko zrealizować, z Bogu ducha winnymi rodzicami, którzy ledwo podnosząc się z łóżka, marzą o kawie na balkonie. Dziecko daj żyć.

Wiem, że ogromna ilość dzieci zachowuje się w podobny sposób, dlatego postanowiłem przyjrzeć się problemowi i zrobiłem mały research, wśród kilku matek przedszkolaków i doszedłem do poniższych wniosków:

wolny weekend

Jaki dziś mamy dzień? Starsze dzieci już powiedzmy sobie, takie „szkolne”, które znają cały harmonogram szkoły, wiedzą dokładnie jaki jest dzień tygodnia, więc nie mają problemu, żeby „przemęczyć” się w szkole i poczekać do weekendu. Przedszkolaki natomiast, pytają się rodziców, jaki jest dzień tygodnia i co będziemy robić kolejnego dnia. Codziennie słyszymy pytanie: „A jutro idziemy do przedszkola”? Więc podświadomie wiedzą, że ten wolny dzień od przedszkola zaraz nadejdzie. Nieważne jest, czy dzieci lubią tam chodzić, czy też nie, chodzi o podświadomość, która podpowiada, że ten wolny dzień, spędzą w domu. W wieczór, w którym usłyszą, że jutro rano nie muszą wstawać i wychodzić z domu, mózg automatycznie notuje notkę, i każe im budzić się wcześniej, żeby nie zmarnować ani jednej minuty tego jakże pięknego wolnego dnia.

– Stereotyp wolnego weekendu Każdy kto pracuje od poniedziałku do piątku, codziennie myśli o sobocie. Bez względu na to czy kochasz, lubisz, czy też nienawidzisz tego co robisz, to zawsze jest temat weekndu w domu. A gdzie pojedziemy w sobotę? A ciocia nas odwiedzi w weekend. Może skoczymy do babci w sobotę? A dawno nie byliśmy w Zoo, może wybierzemy się w niedzielę?

No same atrakcje. Dziecko, nawet takie, które jeszcze nie mówi, to ma uszy i słyszy co się dzieje. Weekend jest czymś wyjątkowym, czymś co pozwala się rodzicom zrelaksować po ciężkiej pracy. Czymś, kiedy można zrobić ciekawe wycieczki, czymś co nie będzie kolejnym nudnym dniem pełnych rytuałów. Maluch widzi, słyszy, podświadomie notuje się obraz atrakcji i…pobudka gotowa.

 – Niespodzianka Zdarza nam się obiecywać dzieciom, różne niespodzianki. Nie mówię, że co tydzień, ale kilka, może kilkanaście razy w roku. Jak się tak zastanowić to większość z nich dzieci dostają właśnie w weekend. A dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta. Ponieważ wtedy rodzice, jak i dzieci mają czas. Nikomu nigdzie się nie spieszy, nie trzeba iść do pracy ani szkoły.

I teraz dziecko, które kilka razy w roku otrzymuje prezent, czy niespodziankę na przykład w postaci wycieczki za miasto, lub do Zoo, ma w głowie obraz weekendu, jako czegoś wyjątkowego. Prezenty, niespodzianki i wyjazdy mimo, że nie zdarzają się często, to zakodowana w mózgu informacja istnieje i może być przyczyną, wczesnego wstawania.

Starsze natomiast dzieci, które już chodzą przynajmniej do podstawówki, no to tutaj nie ma co dużo pisać. Jeszcze w pierwszym okresie uczęszczania, chętnie wstawają i cieszą się na myśl o nauce. Ale im starsze, tym coraz rzadziej sprawia im to przyjemność. Wiem, że są dzieci, które kochają chodzić do szkoły, ale nie ma co się oszukiwać, większość tego nie lubi.

Sprawdź jaka książka, pomoże tobie i dziecku w szybszym przyswajaniu wiedzy

Dlatego nie dziwmy się naszym maluchom, że tak uparcie budzą się w weekendy wcześniej, niż w normalny dzień tygodnia. Wszystko to sprowadza się do psychologii naszych zachowań. Mają to zaprogramowane i często jest to nasza wina. Skaczemy nad tymi weekendami, jak nad jakimś odpustem, więc one to widzą i chcą celebrować go razem z nami. Najważniejsze jednak jest to, żeby miały z kim spędzać, te wolne weekendy.

Jeśli spodobał Ci się ten post, podziel się nim proszę na swoim profilu. Dziękuję.

 

 

Program Dobry Start, czyli kolejne „plus+” dla rodzin.

Napisałem do tej pory tylko jeden wpis dotyczący polityki, po którym nie chciałem już więcej dotykać tego zagadnienia. Niestety, jak mi rozum podpowiada pisz chłopie, no to wyboru większego nie miałem.

Tutaj mój poprzedni post „polityczny”

Serial, a życie

Jestem wielkim fanem serialu „Ranczo”. Mogę śmiało powiedzieć, że gdybym ten czas, który spędziłem oglądając te same odcinki w kółko, spędził na pisaniu, tak jak teraz, to dzisiaj, byłbym w innym miejscu, a nie na początku „wielkiej kariery” (niepolitycznej rzecz jasna:)

No ale wracając do wątku, to co ma Ranczo do polityki, wie chyba każdy, który oglądał ten serial. Wszystko co widzimy na scenie politycznej w Polsce, jest chyba żywcem (przepraszam za wyrażenie) zerżnięte ze scenariusza kultowego serialu. Ja nie wiem jakie są fakty, są to tylko moje subiektywne przemyślenia. Dlatego proszę mnie źle nie zrozumieć, ale im więcej przeglądam pomysłów naszego rządu, tym częściej dochodzę do tego wniosku. Otóż, albo scenariusz omawiany był z przedstawicielami w sejmie, albo ktoś kierował się serialem, szykując program polityczny.

Oczywiście nie możemy życia porównywać do serialu, jest to tylko taka mała dygresja z mojej strony, żeby rozluźnić atmosferę, przed wątkiem głównym jakim jest nowy program, naszych rządzących, a mianowicie Program Dobry Start, albo potocznie mówiąc „300+”. Jest to taki dodatkowy zastrzyk gotówki dla rodzin, których dzieci idą do szkoły, czyli według MEN’u dla 4.6 miliona uczniów w całej Polsce (źródło)

Co jak gdzie i skąd?

Nie mam dziecka w szkole, mój malec jeszcze w przedszkolu, więc najprędzej za 3 lata sięgnie mnie zaszyt korzystania z dobroci, jaką oferuje nam kochany kraj, o ile program ten dalej będzie funcjonował. Czytałem także, że podręczniki są darmowe w szkołach, co akurat wydaje mi się bardzo dobrym pomysłem. W kolejnym roku szkolnym dzieci ponownie skorzystają z tego przywileju, o czym zapewnia nas MEN (źródło)  Nie wiem jak to wygląda w praktyce, nie mieszkam jeszcze w Polsce, więc nie jestem na bieżąco z faktami, ale idea brzmi świetnie. O programie 500+ pisać nic nie trzeba, bo wszystko zostało już napisane.

dobry start

Na stronie, na której można złożyć wniosek o dotację w wysokości 300zł, można znaleźć także inne ciekawe informacje. Nazwy nie mogli sobie lepszej wymyślić „Emp@tia”.  Wystarczy wejść i kliknąć w pole Program Dobry Start, wypełnić wniosek i gotowe. Szacuje się, że 40%, z upoważnionych do korzystania z tego przywileju odbierze swoje pieniądze. Wnioski składać można od 1-ego lipca 2018 roku online, a od 1-ego sierpnia można będzie to zrobić w wersji papierowej, ale o tym możecie przeczytać na ich stronie.

Dla wielu rodzin, będzie to dodatkowy zastrzyk gotówki na codzienne wydatki, ponieważ tak samo jak w przypadku 500+, nikt cię nie sprawdzi na co wydajesz pieniądze. Ale nie róbmy z naszych rodaków, chciwych i nieuczciwych ludzi. Większość przeznaczy te pieniądze na dodatkowy „ekwipunek” w jaki trzeba zaopatrzyć naszych maluchów, którzy dzielnie od września przekroczą próg szkoły i podejmą trud nauki.

Uwaga będzie kontrowersyjnie

Tutaj wkroczę na ścieżkę wojenną, pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami partii rządzącej. Zastanawiam się dlaczego PIS kroczy tą drogą. Przecież mamy deficyt w budżecie, może nie taki jak za czasów poprzednich władz, ale jednak. Szacuje się, że deficyt w 2017 roku wyniósł około 25,4mld złotych, czyli dokładnie tyle ile rząd przeznacza rocznie na program 500+.

Nie, nie mówię, żeby go zabrać, tylko że mogliby się zastanowić jak załatać dziurę, zamiast wkładać kolejne 1,36mld złotych w kieszenie Polaków.

Nie chcę wyjść na hipokrytę, sam z tego skorzystam, jeśli za 3 lata będzie taka możliwość. Chodzi mi tylko o to, czy oni, aby nie za bardzo żerują na ludzkiej chciwości. Jest w nas w końcu taka łapczywość na darmową kasę. Przecież jak nam wkładają to nie odmówimy i jeszcze będziemy ich zachwalać jacy oni są dobroduszni.

Taka mnie refleksja dopadła w tym temacie, więc postanowiłem się podzielić. Wybory już za rok, więc trzeba się jakoś przypodobać większości społeczeństwa, z której 85%, nie ma pojęcia co dzieje się w kraju i jak działa rząd, (tak, ja też wiele nie wiem), także nie podoba mi się takie zachowanie naszych przedstawicieli. Tutaj wtrące cytat z wyżej wspomnianego serialu:

„I tak sprytnie to zredagować, żeby ten co przeczytał, pomyślał, że zniżkę dostanie, dopiero jak się na wójta zagłosuje. Ciemny lud to kupi” .

A przed wyborami

Jednak biorąc pod uwagę, wypowiedź z marca 2018 roku, jednego z posłów Nowoczesnej, to wybory parlamentarne w 2019 roku, będą nieoczekiwanie ciekawym zjawiskiem, jakie przydarzyć się może tylko w naszym kraju. Otóż według niego, cała opozycja ma się połączyć i wystartować z jednej listy. Co to oznacza? Planują za wszelką cenę wygrać i obalić PiS. Dlaczego? Ponieważ chcą aby Polakom w końcu żyło się lepi….no taa pewnie, chyba się trochę zapędziłem…jeszcze raz…ponieważ boją się, że kolejne 4 lata spędzą w sejmie siedząc w ławkach z napisem opozycja.

Kolejnym wielkim problemem jest to, że wystarczy obejrzeć 7 dni z rzędu wiadomości, bez znaczenia na jakim kanale telewizyjnym, żeby przekonać się, że partie opozycyjne się nie lubią (delikatnie mówiąc). Więc chyba trzeba być skończonym kretynem, żeby nagle uwierzyć, że zgodzili się razem wystartować z jednej listy i połączą swoje partie, żeby móc uczciwie i demokratycznie rządzić krajem. Trochę oleju w głowie to każdy Polak posiada i nikt się na taką watę nie da nabrać.

Także nie ma dla PiS’u alternatywy na ten moment i nie zapowiada się, że powstanie do przyszłego roku. Czy to dobrze, czy źle, to sami musicie ocenić ja się nie wypowiadam, żeby nie narzucać swojej opinii.

Jeśli chcesz wypełnić wniosek o dodatek 300+, możesz kliknąć tutaj

Skończę ten mój wywód polityczny bo jeszcze mi tak zostanie i dopiero będzie źle. Jest po drugiej w nocy jak to kończę pisać i teraz przez resztę nocy będę liczył barany, żeby temat w głowie zagłuszyć. (Ciekawe jak te barany będą wyglądały?)

Jeśli spodobał ci się mój tok rozumowania i uważasz, że zasługuję na to aby więcej ludzi mogło to przeczytać, to podziel się proszę postem na swoim profilu społecznościowym.

A ja zapraszam do odwiedzenia moich social media, które znajdziesz, zarówno na górze jak i na dole strony

 

 

 

Płaczący niemowlak, czyli czego nie robić.

Normalnie nie uwierzycie w to co teraz napiszę, ale znam rodziców, których irytuje płacz ich własnego dziecka…

Jak tak można

Nie, to dziecko nie ma ośmiu lat i nie woła nowego tableta, krzycząc przy tym na całą wieś. Nie, to dziecko nie ma również czterech lat i nie upiera się przy zakupie nowej zabawki, którą widział w sklepie.

To dziecko ma zaledwie siedem miesięcy i nie potrafi jeszcze powiedzieć co mu dolega (szok co nie?). No jakoś nie dla rodziców dziecka. Ciągle słyszę zdanie. „No i dlaczego znowu płaczesz??” Ciekawe kiedy im odpowie??

Pomijam fakt w jakim kraju jeszcze obecnie mieszkam, więc pominę również narodowość owych sąsiadów….no i wygadałem się, że mieszkają bardzo blisko mnie. No nie umiem trzymać języka za zębami….egrrrhmmm

Ale mniejsza o to skąd pochodzą i co robią. Ich dziecko, ich sprawa, nie lubię wtrącać się w nie swoje życie, ale patrzeć, a raczej słuchać to codziennie, nie jest łatwo.

Każdy wychowuje swoje dzieci według własnego uznania, ale na kurze jajka, trzeba się wykazać zdrowym rozsądkiem, szczególnie w sytuacji, kiedy dotyczy to niemowlaka, do jasnej anielci.

Piszę tego bloga od początku z myślą, że trafi on do odpowiedniej grupy ludzi (inteligentnych ludzi) którzy rozumieją, że wychowanie dziecka należy do naszych obowiązków. Nie do szkoły, babci, ciotki, psa czy innego współlokatora. Dlatego podejrzewam, że nie ma tutaj wśród czytelników osób, które mają podobny problem, a mianowicie, że irytuje was płacz waszego dziecka (niemowlaka)

Jeśli jednak macie wśród znajomych, lub rodziny osoby, które zetknęły się z taką przypadłością, to niestety mają one poważny problem i to wy możecie być osobą, która może im to uświadomić.

płaczące dziecko

Przechodziłem przez to tak jak wy

I żeby mnie dobrze zrozumieli wszyscy eksperci od „płaczących dzieci”, sam jestem ojcem i wiem i pamiętam, że czasami emocje biorą górę. Niemowlak najedzony, przebrany, ciepło w pupkę, preparat na kolkę podany, dziąsła posmarowane żelem, a jemu dalej źle. Niby wszystko zrobiłaś, co byłaś w stanie zrobić a cherubince ciągle niedobrze. Cierpliwość się kończy, pomysły również, złość narasta, rozglądasz się za partnerem, na którym jeszcze mogłabyś się wyładować, ale on nie nadchodzi. Nerwy są na wyczerpaniu, zerkasz na drzwi od balkonu, analizując jednocześnie ilość złamań po upadku z 3-ego piętra. Dosłownie za chwilkę nastąpi erupcja wulkanu, a zamiast łez radości z powodu szczęścia jakie trzymasz na rękach, z oczu poleje się lawa nienawiści, na to niewinne bezbronne dziecko, któremu jest coś tam chwilowo nie na rękę.

(wyobraźnia mnie poniosła, znacznie za daleko)

Znasz to? Pamiętasz takie momenty? Przeżyłaś takie chwile? To wiesz, już, że ani tobie, ani tym bardziej dziecku, twój stres i nerwy nie przyniosły żadnych korzyści. Ty o mało nie eksplodowałaś, dziecko zanosiło się w płaczu najprawdopodobniej jeszcze bardziej, ponieważ czuło stres rodzica, a problem jak był tak został.

Co im dolega?

Ja nie wiem, co dolega waszym maluchom. Ale za każdym razem, gdy myślimy, że wszystkie potrzeby zostały zaspokojone, a one dalej płaczą, to coś je definitywnie denerwuje i najgorszą z możliwych wyjść jest pokazanie dziecku, że nie panujemy nad tym. Oczywiście niemowlak nie będzie tego widział, ale będzie to wyczuwał i to, jak już pisałem wyżej nie poprawi naszej sytuacji.

Mam wielką nadzieję, że osób, które potrzebują wskazówek w tej konkretnej sytuacji, będzie znacząco mała ilość, ale jeżeli jednak się znajdą to napiszę kilka rzeczy pod spodem, które można spróbować zanim wyrwiemy sobie wszystkie siwe włosy z głowy.

Niemowlak (jak każda inna osoba mała czy duża) potrzebuje bliskości, miłości, pokarmu, zrozumienia, czystości i snu. W każdej z tych kategorii są dodatkowo setki innych zagadnień, ale nie czas i miejsce na takie wywody. Jeżeli wszystkie te rzeczy zostaną zaspokojone, nie ma możliwości (niestety tylko w teorii), aby dziecko było niezadowolone.

Uspokój mnie

  • bliskość – Dziecko od poczęcia nie wie co się dzieje. Jego mózg działa podobnie jak nasz, czyli próbuje bronić się przed nieznanym. W pierwszych miesiącach jesteśmy im potrzebni jak kawa matce nad ranem. Zwłaszcza mama, z którą spędził ostatnie 9 miesięcy, i zna ją, że tak kolokwialnie powiem, od środka. Słyszy głos, który rozpoznaje, czuje zapach, które czuło przed wyjściem na świat, a także rozpoznaje bicie serca, pod którym rosło. Co tu więcej pisać, bliskość jest mu potrzebna przez cały czas, więc trzeba mu ją zapewnić.
  • miłość – no chyba nie będę pisał, że każdy jej potrzebuje, banały to nie na tym blogu (no może czasami). Niemowlak szczególnie jej pragnie i nawet jak nie rozumie co się do niego mówi, to sposób w jaki będziemy mówić, będzie łagodny i miły. Maleństwo, które jest kochane, będzie czuło bezpieczeństwo jakie niesie okazywana miłość. Tutaj możecie przeczytać także, dlaczego powinniśmy mówić  dzieciom Kocham cię.
  • pokarm – Nie chcę się wypowiadać, czy karmienie piersią, czy MM jest lepsze same musicie wiedzieć co jest dla waszych pociech najważniejsze. Natomiast jedno jest pewne, mianowicie fakt, że głód u dziecka występuje stosunkowo często i trzeba być czujnym i uważnym na tą jakże ważną część z życia niemowlaka.
  • zrozumienie –  Jeśli wydaje ci się, że ciężko jest zrozumieć niemowlaka, to na pewno masz rację. Natomiast jeśli myślisz, że to jest proste, to też masz rację. Wszystko to w co wierzysz, jest możliwe, więc jeśli będziesz chcieć zrozumieć potrzeby twojego dziecka, to przy niewielkim (no może nie, aż takim niewielkim) wysiłku, na pewno uda ci się odgadnąć, o co chodzi. Płacz jest najczęstszym odruchem, przy niewygodzie, ale nie jedynym. Popatrz uważnie, i poobserwuj co robi maleństwo, gdy zaczyna robić się „niebezpiecznie”. Czasami jest łatwo to znaleźć, a czasami nie, niestety nie ma złotego środka.
  • czystość i sen – Połączona kompilacja czystości i snu jest niezbędna do prawidłowego rozwoju dziecka. Ile czasu na dobę niemowlaki powinny spędzać na sen, znajdziesz na na innych 14523 blogach, więc nie będe tego przepisywał, ale tak samo jak nam rodzicom, śpi się lepiej gdy jesteśmy odświeżeni, tak i niemowlakowi, będzie o niebo lepiej. Oczywiście dziecko trzeba kilkanaście razy dziennie doglądać, przewijać po każdym „wypadku” i myć wrażliwe okolice (no i trafił mi się banał).

Wyrzyna mi się jedynka

Ostatnią rzeczą, jaka przychodzi mi do głowy są ząbki. Jest to jeden z najgorszych dla niemowlaka okresów, gdy zaczynają sie one wyrzynać. Ból jest pewnie nie do opisania. Sam tego nie pamiętam, więc trudno mi to sobie wyobrazić. Jest to również ciężki okres dla rodziców (często rodzice przeżywają to gorzej niż dzieci). Nieprzespane noce, płacz po kilka godzin dziennie, marudzenie dziecka, to tylko kilka możliwości. Trzeba to przeżyć jednak z podniesioną głową. Najlepiej zaopatrzyć się w odpowiednią ilość gryzaków, maści rekomendowanych przez znajomych z Instagrama , apap z kiosku (dla osób dorosłych) oraz innych  sprawdzonych rzeczy, jakie znajdziecie, na wyrzynające się kiełki.

Wszystkie tutaj wymienione sprawy, są tylko częścią (uważam najważniejszą), jakie potrzebuje niemowlak do codziennego funkcjonowania w poznawaniu świata. Jeśli wszystkie wymienione zgadnienia zostały zaspokojone, a dziecko nadal nie powstrzymuje się do płaczu, to trzeba zachować cierpliwość i spróbować poszukać przyczyny gdzie indziej.

PAMIĘTAJ ; NERWY, KRZYK NA DZIECKO ORAZ CIĄGŁE PYTANIE NIEMOWLAKA CO MU JEST, NIE POMOŻE!!! 

To jak walenie głową w mur. Ściana stoi dalej, a ty masz ból głowy.

Jeśli spodobał ci się ten post i chcesz się nim podzielić, to udostępnij go prosze na swoim profilu społecznościowym. Z góry dziękuje za okazaną chęć 🙂

 

Photo by Shelbey Miller on Unsplash

 

 

 

 

 

 

 

 

Depresja u dzieci, coraz więcej przypadków.

Strasznie ciężki temat, ale niestety dotyczy coraz większej ilości nastolatków, a także i młodszych dzieci, więc milczeć nie wolno. Niestety pomimo, zatrważających statystyk które mówią nawet o 1.5 miliona osób chorych na depresję w Polsce (źródło), my wciąż nie wierzymy, że taki problem istnieje, zwłaszcza jeśli chodzi o dzieci.

Wujek dobra rada

Na wszystkie symptomy, które mogłyby wskazywać chorobę, potrafimy znaleźć inną odpowiedź. Najczęściej taką, którą znajdziemy w internecie na pierwszej stronie u doktora „Google”. I już jesteśmy oświeceni. Wiemy co dolega naszemu 10-cio latkowi, który od kilku miesięcy chodzi zbity, gorzej się uczy, mniej jada, coraz częściej się z nami kłóci, a na dodatek ma problemy ze snem.

Dorasta przecież, „no big deal”. Ja też dorastałem/am, i nic takiego się nie stało. Będzie się przekomarzał z nami przez jakiś czas i mu przejdzie.

Niestety problemy same z reguły nie przechodzą. Depresja może się pogłębiać, aż w końcu doprowadzić do takiego stanu, nasze dziecko, że już nie będzie z nim kontaktu bezpośredniego, co w najgorszym z możliwych sceariuszy skończy się schizofrenią.

depresja

Jest lekiem na całe zło

Ale spokojnie, nie jestem tu od straszenia was, tylko od tego, żeby opisać swój punkt widzenia sprawy, a zwłaszcza jak zapobiegać problemom.

Co jest najlepszym lekarstwem na wszystko? Uważam (zresztą nie tylko ja ale 99% psychologów),że rozmowa z dzieckiem od najmłodszych lat, jest niezbędnym czynnikiem, aby wspólnie kroczyć, tą samą drogą rozumowania, a przede wszystkim wiedzieć co odczuwa nasze dziecko. Czyli znowu kłania nam się moja kochana empatia. Przez takie rozmowy z naszymi najmłodszymi, możemy szybciej zlokalizować problem, jaki narasta w ich głowie i reagować zgodnie z tym co w danej sytuacji uważamy za stosowne.

Na przykład. Dziecko pokłóciło się w szkole z kolegą i dostał od niego „kuksańca”, to bierzesz kij do baseball’a, kominiarkę i zaczajasz się pod domem gówniarza…. yyy to znaczy, to właśnie podpowiada mi serce, ale rozum atakuje z drugiej strony i uspokaja moje chwilowe emocje, więc na spokojnie można sprawę omówić z dzieckiem.

Potrzeby dziecka

Jeszcze raz wróćmy na chwilkę do rozmowy. Dziecko potrzebuje tego bardziej niż nam się wydaje. Dopóki jest małe, jesteśmy jego jedynymi przyjaciółmi i nawet jeśli chodząc do przedszkola mówi, że ma swoich kolegów, to ono jeszcze nie wie co to znaczy zwierzać się ze swoich smutków i problemów drugiemu dziecku.

Jakoś ciężko mi sobie wyobrazić mojego 4-latka na drabince na placu zabaw, który mówi Alexowi, że mama nie zrobiła mu wczoraj naleśników, tylko pierogi. Prędzej przyjdzie do mnie z tym samym problemem 🙂    (A to ci mama niedobra)

Tu zaczyna się nasza rola, w której zrobimy:

a) z anielską cierpliwością, wysłuchamy naszej pociechy i znajdziemy rozwiązanie jego problemu. Oczywiście, nie możemy wszystkiego robić za dzieci. Samodzielność, w tym wypadku pełni istotną rolę. Dziecko musi wiedzieć, że jesteśmy obok i służymy pomocą i poradą, ale wszystkiego za nie, nie załatwimy. Zwłaszcza jeśli dziecko jest już starsze, najgorszym co możemy zrobić to spróbować mu pomóc w nieodpowiedni sposób szkodząc przy tym. Na przykład wyżej wymienionym Baseball’em 🙂

b) nie chcę używać nieodpowiednich słów, ale powiem krótko „olać sprawę”. Jest to niestety często wybierana opcja przez rodziców, wiem, bo też aniołkiem nie jestem i zdarza się, że zbagatelizuje problem, który w moich oczach nie istnieje. Dziecko jednak nie ma takiej świadomości i dla niego, nawet nie taki kolor kredki, może skończyć się płaczem.

Analiza sytuacji

Jak tak pomyśleć na spokojnie, to problemy naszych przedszkolaków, tak naprawdę nie istnieją w naszych oczach. Nie takie buty, nie takie kredki, tego nie zjem, tamtego nie wypiję. Przecież to wszystko błahostki, z którymi same powinny sobie poradzić.

-Przyjdź do mnie jak będziesz mieć większy problem-

Takie słowa często padają z naszych ust, gdy nie mamy czasu na 5-cio minutową rozmowę. A co to jest większy problem? Na przykład jak ktoś je będzie zaczepiał w szkole, albo nauczycielka będzie wyjątkowo surowa dla nich. Gdy będzie miało problem z matematyką, albo innym przedmiotem, wtedy możemy porozmawiać. Choć zdarza się, że jesteśmy tak zapracowani, albo zmęczeni, że nam się za bardzo nie chce, zastanawiać  i tłumaczyć dziecku, wszystkich równań. Przecież do szkoły chodziliśmy 20 lat temu (kto jak kto:)

Więc odkładamy kolejne „mniej istotne” sprawy na potem, ale problemów nie widzimy, ponieważ powtarzamy jak mantrę dziecku, że jak będzie miało jakiś „poważny” problem to może na nas liczyć.

I co teraz?

No i nagle okazuje się, że ma i co się dzieje? Nic, bo my nie mamy o tym najmniejszego pojęcia.

One już nas nie zapytają o nic. Mogę się mylić jak każdy z nas. Jednak analizując zachowanie rodzica, który przez pierwszych kilka lat bagatelizował problemy swojego dziecka, które wydawały mu się niczym w porównaniu z jego kredytami, skąd dziecko ma wiedzieć, że teraz jest odpowiedni moment na rozmowę i tata lub mama znajdą dla niego czas i poświęcą mu chwilę na pomoc w problemach.

Najpewniej zacznie szukać pomocy wśród rówieśników, albo może i starszych kolegów, którzy bedą go przekonywać, że też byli w takiej sytuacji i znają rozwiązanie na kłopoty. Nie będę pisał o czym tutaj myślę.

Stąd już niedługa droga do…depresji, albo innych zaburzeń.

Zadajcie sobie jednak jeszcze jedno pytanie.

Skąd taki dzieciak ma wiedzieć, albo odróżnić wagę problemu małego od dużego? Skoro od najmłodszych lat nikt mu tego nie tłumaczył.

Dla niego wszystkie jego rozterki są ważne, lecz często ich nie zauważamy, tłumacząc, że to nie są problemy, zamiast usiąść i w DOSŁOWNIE 3 MINUTY rozwiązać „nie(istniejący)” problem. Taka krótka chwila, a może nam zaoszczędzić problemów w przyszłości. Dlatego nie bagatelizujmy dziecięcych problemów, one mają dla nich wielką wagę, a my jesteśmy od tego, żeby nauczyć, pokazać i wytłumaczyć.

Psycholog, zamiast internetu

Chciałbym tylko zaznaczyć, że jestem świadomy tego, że w którymś momencie nasze dzieci, przestaną nam mówić o wszystkim, a zaczną się zwierzać koleżance z ławki. Wierzę jednak, że możliwa jest przyjaźń pomiędzy rodzicem a dzieckiem do pewnego stopnia i, że to my, (jeśli będziemy umieli w odpowiedni sposób nauczyć dziecko), będziemy pierwszą osobą, do której przyjdą po poradę.

Pamiętajcie jednak, że jeżeli zobaczycie pierwsze objawy nienaturalych zmian u swoich dzieci, to żadne czytanie bloga nie pomoże. Specjaliści po to się uczą wiele lat, żeby pomagać drugiemu człowiekowi, więc skończmy ze wstydem i zacznijmy chodzić do psychologów lub innych psychoanalityków, jeżeli zachodzi taka potrzeba.

Jeżeli spodobał ci się ten post, proszę podziel się nim na swoim profilu społecznościowym, pomożesz w ten sposób z dotarciem do większej ilości osób. Dziękuje.

Jak się uczyć, żeby się nauczyć.

1 Comment

Łedukacja

Temat edukacji w Polsce jest tak rozległy i kontrowersyjny, że najlepiej byłoby go w ogóle nie poruszać. Ale niestety moje sumienie mi na to nie pozwoli. Nie będę przecież pisał o zdrowej zupie z kalafiora, której nie jadłem, a co najgorsze, nie potrafię ugotować. Kulinaria zostawmy innym, a sami zajmijmy się nauką w szkole.

Dobrze pamiętam jak wyglądała moja podstawówka i nie mam na myśli koloru ścian, tylko, sposób nauki. Dużo wkuwania, ogrom materiału do przyswojenia (większość do dzisiaj mi się nie przydała), oraz niezapowiedziane kartkówki. Materiału było tyle, że choćbyśmy siedzieli z nosem w książkach cały dzień, to i tak nie bylibyśmy w stanie zapamiętać wszystkiego, co należałoby wiedzieć. Jak w każdej szkole zdarzały się osoby, które potrafiły się przygotować zawsze i ze wszystkiego, ale czy dzisiaj pamiętają całą wiedzę przyswojoną w szkole, to głowy sobie odciąć nie dam.

ZZZ

Jeśli byliście studentami to na pewno spotkaliście się z formułą 3xZ, czyli „Zakuć, Zdać, Zapomnieć”. Pomimo iż ja studentem nie byłem, (a szkoda komu by to szkodziło) to jakby się tak głębiej zastanowić to podobną metodę stosowaliśmy już w podstawówce. Tobie też na pewno zdarzało się wieczorem przeglądać ostatnie notatki i książki, bo nagle przypomniałaś sobie, że rano będzie sprawdzian z historii. Czemu akurat z historii? Często miewałem koszmary związane z tym przedmiotem, więc dlatego. Dzisiaj chętnie wybrałbym się na dodatkowe lekcje o drugiej wojnie światowej, no ale kiedyś mnie to mniej interesowało. Żeby tak człowiek mógł cofnąć czas… Dobra bez sentymentów…

A więc, notatki zakute, sprawdzian odpękany, a tydzień pózniej…no dobra miesiąc póżniej, nie pamiętasz o czym pisałaś. Można? Można. Dzisiaj jest niestety podobnie. Szkoła to nie jest miejsce do którego dzieci (szczególnie starsze) chodzą z uśmiechem na twarzy. Uczą się tam często rzeczy, które je po prostu nie interesują. Ale przyznać trzeba, że ciężko jest wytłumaczyć dziecku, żeby uczyło się tablicy mendelejewa na pamięć, wszystkich praw fizyki, oraz, że muszą znać każde jeziora jakie są na świecie, dziecko wie, że my tej wiedzy nie mamy, więc po kija to jemu?

Po pierwsze nic je to nie obchodzi, po drugie jeśli kiedyś będą chciały zwiedzić owe jeziora, to zajrzą w Google i sprawdzą wszystko co będą potrzebowały do eksploracji, a po trzecie, to jeżeli któreś z nich będzie chciało zostać chemikiem, to wszystkich pierwiastków i tak się nauczy jeszcze raz w liceum oraz na studiach.

Jak podaje TVN

Dodatkową niespodzianką edukacyjną jest fakt, że po zlikwidowaniu 3-letniego gimnazjum, ministerstwo edukacji „wcisnęło tę wiedzę” w dwie ostatnie klasy podstawówki. Uczniowie kompletnie nie mają czasu na inne ciekawsze zajęcia jak spotkanie z przyjaciółmi, czy spędzanie czasu z rodzicami. Ślęczą w szkołach kolosalną ilość godzin, a potem jeszcze lekcje mają do odrobienia. Każdy dorosły potrzebuje relaksu i odpoczynku od pracy, i obowiązków domowych a co z dziećmi? Tutaj znajdziesz tekst i krótki film które o tym problemie mówi w szerszej perspektywie.

jak się uczyć

źródło https://goo.gl/images/HuHCvr

A teraz kubeł zimnej wody na mój pusty łeb. Jeśli pomyśleliście, że ten post będzie jedną wielką krytyką systemu edukacji w Polsce to „nic bardziej mylnego”, jak mówi klasyk.

Są oczywiście takie punkty, oprócz wyżej wymienionych, do których można się przyczepić. Rzesza mądrzejszych ode mnie ludzi ma wiele w tym temacie do powiedzenia, wystarczy „wygooglować” jeśli jesteście ciekawi. A teraz czas na pochwały. Ojej to nasz system edukacji można chwalić?? A taaak można, a nawet trzeba.

Co zostało z tamtych lat

Poniższe przykłady pochodzą z mojej powoli siwiejącej głowy i stanowią tylko część  wiadomości, które jakimś cudem zachowały się w odmętach moich szarych komórek. Albo może jakimś cudem mnie zaciekawiły i dlatego tam zostały.

Czego możemy dowiedzieć się na historii w szkole podstawowej:

  • historia drugiej wojny światowej, chociaż materiału jest stanowczo za mało,
  • jak wyglądała mapa świata, a zwłaszcza Europy w poszczególnych wiekach,
  • królowie Polski od początku naszych dziejów, kto po co, dlaczego i z kim
  • mapa Europy, oraz kto i kiedy był władcą poszczególnych państw,

Czego dowiesz się na geografii:

  • mapa świata, mapa Europy, nazwy państw oraz ich stolice,
  • największe jeziora na świecie,
  • wszystkie morza świata na pamięć (przynajmniej w moich czasach),
  • cieśniny, góry, niziny, wyżyny,
  • największe wodospady na świecie,

Jak widzicie, dużo tego nie zostało w głowie, może wy pamiętacie więcej. Innych przedmiotów, ani materiału opisywać sensu nie widzę, ale przytoczyłem tylko najważniejsze o których uczyłem się w szkole podstawowej i mimo, że orłem nie byłem to posiadam o wiele większą wiedzę w powyższych tematach, niż 80% ludzi, których poznałem przebywając za granicą. Mowa oczywiście o Anglii. A teraz żeby mnie nikt opatrznie nie zrozumiał, ja nie uważam ich za niewykształconych ludzi. Nic z tych rzeczy. To nie jest ich wina, że w porównaniu z materiałem jaki muszą przyswoić dzieciaki w Polskich szkołach ich materiał, delikatnie mówiąc jest okrojony (mowa oczywiście o szkołach równych podstawówce)

Wiedza podstawowa

I nie, nie poznałem tylko jednej grupy ludzi po Primary school. Rozmawiałem z wieloma ludźmi od takich co mają kilka klas po takich co skończyli…no dobra może nie „Eton”, ale inne uniwersytety. I ci co mają szerszą wiedzę na temat edukacji, wiedzą, że materiał w nauczaniu podstawowym mógłby być poszerzony, ale są i tacy (niestety większość bez względu na wykształcenie), którzy pytają mnie „A po co mi taka wiedza?”.

Wracając do tematu szkoły, to osobiście wybieram i mam nadzieję, że wy także, aby nasze dzieci uczyły się więcej niż powinni, niż za mało. Chciałbym, żeby mój synek wyjeżdżając kiedyś na wakacje do Stanów, wiedział w jakim mieście się znajduje i jaki to stan. Chciałbym również, żeby rozumiał różnicę między ułamkami a procentami. Będę się cieszył, jeśli wyjeżdżając do Indii, zapamięta, że tam mają inną kulturę, oraz obowiązuje inna strefa czasowa, no i oczywiście, że znajduje się w Azji i ma niedaleko do Oceanu Indyjskiego. (to tylko kilka z przykładów o jakich mój znajomy nie słyszał)

A jeśli będzie miał chęć zwiedzić Wielką Brytanię, to będzie mógł z głową podniesioną wysoko powiedzieć, że przyjechał z Polski, gdzie w swojej Polskiej szkole od Polskiej nauczycielki dowiedział się jakie mają tutaj świetne krajobrazy i piękne stare miasta, które zamierza odwiedzić.

Teraz możecie mnie zlinczować kto ma na to ochotę, I’m ready for this. Takie jest moje zdanie i póki co nie zanosi się na zmianę.

No to co panie robić mam?

A teraz wisienka na torcie. Czyli jak pomóc dziecku w przyswajaniu wiedzy, żeby nie została ona wydalona razem z drugim śniadaniem na przerwie, tylko została z nim…no tak przynajmniej do kolacji :)) Bez względu na to w jakim kraju mieszkamy, wiedzę możemy podzielić na dwie grupy.

1. Taką, która nas interesuje i chcemy ją posiąść (np: Jak rozwija się mózg dziecka?) W tym przypadku z wielką ochotą i zaangażowaniem przeczytamy wszystko co znajdziemy na ten temat ponieważ jesteśmy ciekawi (no chyba, że tylko ja jestem;)

2. Taką, która nas zupełnie nie interesuje, ale musimy się jej nauczyć, gdyż tego wymaga program szkolny, mama chce żebyśmy się jej nauczyli, lub też wykładowca nam sesji nie zaliczy.

W obu przypadkach z pomocną dłonią przychodzi Radosław Kotarski. Książka, którą sam napisał i wydał posiada ogrom konkretnego materiału, dla którego poswięcił kawał swojego życia. Lektura ta zawiera kilkanaście metod, dzięki którym, potrzebną nam wiedzę, możemy przyswajać szybciej, oraz co najważniejsze, efektywniej. Dzięki temu zarówno dzieci w szkole jak i dorośli chcący nauczyć się np: języka obcego, mogą osiągnąć zamierzone cele dużo łatwiej, niż myślą. Sam po sobie widzę efekty. Dzięki niektórym metodom, zaciągniętym z książki, trudniejsze słówka z angielskiego zostają w głowie na zawsze.

Z resztą, co tu dużo gadać, sprawdź co sam autor mówi o książce pod tym linkiem. A jeśli chcesz kupić egzemplarz, jakże ciekawej i pełnej konkretnych metod i przykładów lektury, to możesz to zrobić klikając w link poniżej. I nie zasnąłbym spokojnie, jeśli nie powiedziałbym, że kupując książkę z poniższego linku, pomagasz mi zarobić kilka monet. Jeśli nie masz takiej chęci, a książka przykuła twoją uwagę (a mam nadzieję, że tak bo warto), to znajdziesz ją również na stronie Radka. Mówię to wszystko, ponieważ chcę być z tobą szczery i nie umiem kłamać. Żona mówi, że nawet jakbym chciał ją zdradzić (czego nie mam zamiaru robić) to i tak najpierw bym jej o tym powiedział…albo może zadzwonił w trakcie??

TUTAJ ZAMÓW SWÓJ EGZEMPLARZ „WŁAM SIĘ DO MÓZGU”

Książkę tę, warto mieć w swoich zasobach, bez względu na to, czy wasze dzieci jeszcze się nie uczą, czy już skończyły szkołę. Wiedza w niej zawarta przydać się może każdemu bez względu na wiek czy płeć. Całą moją prawą dłonią podpisuję się, i polecam, bo wiem, jak mi ona pomogła. Serdecznie zachęcam i dziękuje tym, którzy dotrwali do końca.

Jeśli uważasz, że wiedza tutaj zawarta przyda się twoim bliskim, udostępnij proszę ten wpis na swoim profilu społecznościowym. Dziękuje.

 

Photo by Roman Mager on Unsplash

%d bloggers like this: